FANDOM


Ta strona fanonu została stworzona przez i jest własnością użytkownika Yuki Asakawa (dyskusja). Proszę nie edytować jej bez zgody autora.

Rozdział 4: Herbatka z demonem

Punktualnie o jedenastej Jade pukała do drzwi Pine Hill Mansion. Nie była wcale pewna, czy przyszła o dobrej godzinie, ale nie miała już odwrotu.

Czekając, aż właściciel otworzy, rozmyślała o swoim postanowieniu: nie wpuszczą drzwiami, to wejdzie oknem. Nadal była gotowa to zrobić, jednak po ostatnim zbesztaniu przez Sandsa wcale nie czuła się z tym już tak dobrze.

– Jednak przyszłaś? Masz tupet – usłyszała, gdy wrota się otworzyły. Stojący za nimi hrabia w garniturze sprawiał nieco komiczne wrażenie.

– Pan Sands! Dzień dobry! – dziewczyna natychmiast się rozpromieniła. – Jak miło pana widzieć!

– Chciałbym powiedzieć to samo – mruknął stary.

– Czy mogę wejść?

– O, teraz jesteś uprzejma? – stwierdził ironicznie, ale otworzył drzwi szerzej. Jakby już nie miał siły stawiać oporu dziwnej nastolatce. – Właź, w końcu po to tu przyszłaś.

To rzekłszy, staruszek podreptał w głąb domu, a Jade czym prędzej ruszyła za nim, ucieszona, że naprawdę się zgodził. Zamknęła za sobą drzwi, z trudem powstrzymując drżenie rąk.

Znaleźli się w ogromnym, starodawnym holu. Ściany zdobiły obrazy, na podłodze leżały drogie dywany, a potężne schody naprzeciw prowadziły na piętro. Choć stąd nie mogła go widzieć, wyobrażała sobie, że jest tam jeszcze więcej cudów. Natomiast na parterze po obu stronach znajdowały się drzwi. Sands podszedł do tych znajdujących się po prawej stronie i przywołał dziewczynę niecierpliwym gestem, ale minęło trochę czasu, zanim przestała rozglądać się z rozdziawioną buzią.

– Jak tu pięknie! – podskoczyła entuzjastycznie, dołączając do mężczyzny. Ten tylko machnął ręką i wszedł do pokoju. Gdy Jade poszła jego śladem, doznała kolejnego szoku.

Pomieszczenie przypominało izby w tych pięknych, starych dworkach, jakie często pokazują w telewizji. No, właściwie to był piękny, stary dworek, ale Jade wiedziała, że ten jest jedyny w swoim rodzaju, bo mieszkał tu pan Sands – właściciel wzgórza i pan robotów. W pokoju znajdowały się dwie kanapy i obowiązkowy kominek, obok niego, co ciekawe, dwie zbroje, zaś ścian praktycznie nie było widać zza zapełnionych książkami regałów. Coś niesamowitego.

– No i co się tak gapisz? Siadaj – z zamyślenia wyrwał Jade burkliwy głos Sandsa, który wskazał jej miejsce na kanapie. Sam zaś podszedł do stolika w kącie i wyciągnął z szafki porcelanową zastawę. – Nie wierzę, że dałem się w to wrobić.

Dziewczyna posłusznie usiadła i zaczęła z fascynacją obserwować poczynania starszego pana. Jego zmęczone dłonie, gdy nasypywał herbatę i nastawiał elektryczny czajnik. Jego zaciśnięte w nieprzyjemnym grymasie usta. Jego chłodne oczy skrywające lata ciężkich doświadczeń. Wciąż miała w głowie wszystkie nieprzyjemne rzeczy, jakie o nim usłyszała, ale mimo że nawet teraz nie sprawiał dobrego wrażenia, jakoś nie umiała wzbudzić w sobie niechęci do niego.

– Jak długo pan tu mieszka? – spytała, gdy Sands postawił przed nią filiżankę i z marsową miną usiadł naprzeciw.

– Od trzydziestu lat. Wtedy umarł mój pradziadek, po którym odziedziczyłem ten dom – odparł bez mrugnięcia okiem, po czym upił łyka swojej herbaty. Skrzywił się, jakby zamiast cukru dosypał tam soli.

– Ooo, niesamowite! Pan to musi być strasznie stary! – zachichotała dziewczyna.

Sands rzucił jej groźne spojrzenie, ale nic nie powiedział.

– A czemu postanowił pan tu zamieszkać? – kontynuowała niezrażona. – Nie wolał pan zostać z rodziną?

– Musisz się o wszystko pytać? – wycedził.

– Nie, ale ciekawi mnie wiele rzeczy. Nie powie mi pan?

Rozległo się zrezygnowane westchnięcie. Staruszek pociągnął kolejnego łyka herbaty.

– A co będę z tego miał?

– Zwycięzcę Pokazu Koni Dietricha – odpowiedziała bez wahania.

Zapadła chwila ciszy, po której Sands odłożył filiżankę. Z jego miny nie wynikało, że go przekonała, natomiast bardzo wyraźnie było widać, że nie umie przeciwstawić się upartej dziewczynce. Jade poczyniła to spostrzeżenie z wyraźną satysfakcją.

– Nie miałem wyboru – mruknął hrabia. – Pradziadek był bardzo bogaty, dorobił się na produkcji tych wszystkich robotów, ale nigdy nie wspierał reszty rodziny. Był starym skąpcem i wszyscy bardzo się zdziwili, gdy przepisał ten dom na mnie.

Jade rozdziawiła buzię, a Sands kontynuował, nawet nie zdając sobie sprawy, że nie dopytywała go o szczegóły.

– A ja, cóż… Chciałem sobie odbić za te wszystkie lata biedy, więc przyjąłem spadek, równocześnie odwracając się od reszty rodziny. Podobnie zresztą było z mieszkańcami wioski. Opuścili to miejsce, bo nowy właściciel wzgórza nie troszczył się o nich. I co, nadal jesteś tak pewna swego? – zapytał kpiąco.

– No, rzeczywiście nie postąpił pan dobrze – Jade westchnęła, ale na jej ustach pojawił się dziwny uśmieszek. – Ale najważniejsze, że widzi pan swój błąd. Samo to świadczy o pana dobroci.

– Dobroci? – Sands parsknął śmiechem. – Przecież nie robię nic, żeby naprawić ten błąd. Otaczam się tylko robotami i dobrze mi z tym – ton jego głosu raptownie nabiegł jadem. – A ty jesteś tutaj intruzem.

– Więc czemu mnie pan nie wygoni?

– Nie proś mnie o to, bo pożałujesz.

Jade parsknęła śmiechem, całkowicie bagatelizując ostrzeżenie.

– Naprawdę nie chciałby pan, żeby mieszkali tu jacyś ludzie? – spróbowała herbaty i ze zdumieniem stwierdziła, że lepszej dawno nie piła. Kto by się spodziewał.

– A po co? – nachmurzył się Sands. – Roboty są ciche, posłuszne i nie zadają niewygodnych pytań. Robią tylko to, co im powiem.

– Więc nawet z nimi pan nie rozmawia?

– Jak mam rozmawiać z robotami? Nie mają dusz, nie można z nimi rozmawiać.

– Jak to?! – dziewczyna poderwała się na kanapie. – Pan chyba nic o nich nie wie! Kompletnie nic! Dlaczego nie ma pan pojęcia o wyrobach własnego pradziadka? Można z nimi rozmawiać jak z ludźmi, a Andy nawet się do mnie uśmiechnął!

– Andy? – Sands zmarszczył brwi. – Pleciesz bzdury. To tylko maszyny, sztucznie wyprodukowane istoty. Jeśli rzeczywiście z nimi rozmawiałaś… – urwał na moment, po czym wzruszył ramionami. – Nie, to kompletna bzdura. Pradziadek sam nie miał o tym pojęcia, więc to niemożliwe.

– Ależ możliwe! Mogę panu pokazać.

– Bzdura – powtórzył.

Zapadła dziwna cisza, a wtedy do Jade dotarła pewna bardzo istotna sprawa. Sands mieszkał na ogromnym wzgórzu całkiem sam. Wszyscy go opuścili. Nie wierzył nawet w swoich pracowników, ba, nic o nich nie wiedział. W przeszłości zawinił, ale zdawał sobie z tego sprawę.

Nie, nie był złym człowiekiem. W jego oczach nie widniała nienawiść do świata, tylko…

– Nie rozmawia pan z nikim, nawet z robotami – rzekła cicho Jade. – Musi być pan tutaj strasznie samotny, prawda?

Może tylko jej się zdawało, ale odniosła wrażenie, że mężczyźnie drgnęła powieka.

– Panie Sands – dodała z naciskiem.

Milczał.

– To żaden wstyd. Ja też kiedyś taka byłam – rzekła, usiłując powstrzymać drżenie głosu. – Odstręczałam od siebie otoczenie, nie szanowałam nikogo, uważałam się za lepszą od innych tylko dlatego, że miałam pieniądze i mogłam pozwolić sobie na więcej, niż moi rówieśnicy. W szkole nie miałam żadnych przyjaciół. Zostałam całkiem sama i winiłam za to wszystkich, tylko nie siebie. Ale to była moja wina.

Wreszcie na nią spojrzał. Spojrzał wzrokiem tak smutnym i zmęczonym, że aż ją zakłuło w sercu.

– Chciałam się zabić, bo sądziłam, że życie jest dla mnie okrutne. Tymczasem było zupełnie odwrotnie, to ja zachowywałam się okrutnie. Oczy otworzył mi dopiero Skydancer… Mój koń – wyjaśniła z przygnębionym uśmiechem. – Zanim przybyłam do Doliny, mieszkałam nad zatoką na południu wyspy, wie pan gdzie. Często chodziłam na klif, który znajduje się niedaleko. Rozmyślałam tam o życiowych niesprawiedliwościach, ale nigdy nie zebrałam się na odwagę, by skoczyć. I traf chciał, że klif znajdował się na terenie pastwiska stadniny Jorvik.

Jade przerwała na chwilę, by spojrzeć na Sandsa, i spostrzegła, że teraz to on słucha jej oniemiały. Uznała to za przyzwolenie do kontynuowania opowieści.

– Gdy Skydancer znalazł mnie tam po raz pierwszy, nie nastąpiła żadna cudowna zmiana mojego nastawienia, nie. Byłam dla niego równie okrutna, co dla innych w tamtym czasie. Wyobraża pan sobie, że nawet rzucałam w niego kamieniami, żeby dał mi spokój? Przerażające, nawet jeśli kamienie w tamtych okolicach są niewielkie! – wydała krótki śmiech. – Ale on tylko nie dał mi spokoju, a wprost przeciwnie, im bardziej go odganiałam, tym częściej mnie tam odwiedzał. Uznałam to za strasznie upierdliwe. Co za głupie zwierzę, mówiłam sobie. Ale kiedy już absolutnie nic nie przynosiło skutków, zaprzestałam odganiania go i krzyczenia na niego i zamiast tego zaczęłam do niego gadać. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że mi nie przerywał, a może dlatego, że wydawał się słuchać… Nie nudzę pana?

– Nie, skąd – odparł hrabia bardzo szybko, gapiąc się na dziewczynę ze zdumieniem.

– To dobrze – odchrząknęła. – Nie pamiętam, ile czasu spotykaliśmy się na tym klifie, ale zdążyłam Skydancerowi streścić całą historię mojego życia, tego jestem pewna. Raz zasnął w trakcie mojej opowieści, wyobraża pan sobie moją furię? – zachichotała. – Natychmiast go obudziłam i zaczęłam łajać, ale on zupełnie nic sobie z tego nie robił, uparciuch jeden. Ale to akurat nie miało takiego znaczenia, przełom nastąpił kiedy indziej – urwała na moment.

– To znaczy?

– Pewnego dnia podjęłam wreszcie decyzję, że skoczę. Nawet nic szczególnego się wtedy nie stało, po prostu postanowiłam. I zdecydowałam wziąć Skydancera ze sobą.

Oczy Sandsa rozszerzyły się nieznacznie.

– Do tamtej pory nie byłam wielką fanką koni, nie uczyłam się jeździć, ale dosiadłam go, usiłując naśladować utalentowanych jeźdźców ze stajni. Pogalopowaliśmy chwilę po łące, po czym skierowałam go prosto na klif. Oczywiście konie ze swoim instynktem samozachowawczym nie skaczą z klifów, ale miałam nadzieję, że chociaż ja spadnę, gdy Skydancer się zatrzyma. Tak się jednak nie stało. Skręcił raptownie i zaczął cwałować wzdłuż urwiska. Byłam przerażona, jechaliśmy tuż nad krawędzią w pełnej prędkości, a ja nie miałam żadnego doświadczenia w jeździe konnej! Zaczęłam szarpać go za grzywę, wiercić się… Naprawdę mogliśmy spaść, a przynajmniej ja na pewno w końcu bym spadła, gdyby Skydancer nagle nie zahamował, nie upadł na ziemię i nie zaczął się tarzać. Ze mną na grzbiecie. Och, to było bardzo bolesne – Jade znów zachichotała i pociągnęła kilka łyków herbaty. – Udało mi się oddalić na w miarę bezpieczną odległość od konia i mimo obolałego po upadku ciała jeszcze raz zbliżyłam się do klifu. Tym razem jednak nie miałam nawet okazji zobaczyć krawędzi, bo Skydancer prawie mnie stratował, zagradzając mi drogę. Więcej już nie próbowałam i dałam za wygraną. Konisko najwyraźniej nie zamierzało pozwolić mi zbliżyć się do urwiska, więc ległam na trawie, usiłując zapomnieć o stłuczonym tyłku, a on obok mnie. I tak sobie leżeliśmy, dopóki nie znalazł nas pan Herman.

– Tamten Herman? Więc jeszcze dycha – zauważył zgryźliwie Sands.

– Zna go pan? – zdziwiła się dziewczyna. – Owszem, dycha i ma się całkiem dobrze! Widząc tak opłakany stan swojego wierzchowca i jeszcze bardziej opłakany stan mnie, przeraził się i czym prędzej zabrał nas do siebie. To znaczy Skydancera do stajni, a mnie do swojego skromnego domku. Opatrzył mi niektóre stłuczenia, zrobił gorącą czekoladę, wysłuchał mojej historii… Poprosiłam go, żeby nie mówił nic moim rodzicom, ale zgodził się tylko pod dwoma warunkami: przynajmniej jemu będę o wszystkim mówić i podejmę lekcje jazdy konnej na Skydancerze. Twierdził, że to mnie uleczy, i miał rację, choć oczywiście nie stało się to od razu. Gdy ja i Skydancer spotkaliśmy się pierwszy raz po tamtym wydarzeniu na klifie, koń się spłoszył i nie mogliśmy go uspokoić przez dłuższy czas. Trochę mu zajęło, zanim oswoił się z moim widokiem… Wreszcie jednak nawiązaliśmy porozumienie, w końcu razem zajrzeliśmy śmierci w oczy, a takie doświadczenia łączą dusze, zgodzi się pan?

– …Może – mruknął bez przekonania.

– Koniec końców Herman miał rację. Zaczęłam jeździć konno i czerpać z tego radość, a doświadczenie obcowania ze Skydancerem sprawiło, że odzyskałam chęci do życia. Nauczył mnie łagodności i cierpliwości. Początkowo kierowałam ją tylko do niego, ale z czasem, nawet nieświadomie, zaczęłam również do innych ludzi. Po jakimś czasie zauważyłam, że normalnie rozmawiam z kolegami i koleżankami w szkole, a także poza nią! To był kolejny plus pobierania lekcji jazdy, zapoznałam wielu utalentowanych jeźdźców. Jednym z nich jest Alex, która tej zimy zaprosiła mnie tutaj, do Doliny, uprzednio powiadomiwszy wujka Erica. Jego na pewno pan zna, prowadzi stadninę Meander.

– Tak, znam, nic specjalnego…

– Cóż, może nie jest mistrzem jeździectwa, ale to złoty człowiek! – zapewniła gorąco Jade. – Zgodził się przyjąć mnie do siebie na czas zimy. Gdy Herman się o tym dowiedział, uznał, że nie ma innej opcji: muszę zabrać Skydancera ze sobą. Zaoferowałam mu rekompensatę pieniężną, ale nawet nie chciał o tym słyszeć. Więc spakowałam się, pojechałam, i oto jestem.

Sands pokręcił głową.

– Zaskakujące.

– Przepraszam, trochę się rozgadałam… – nastolatka spuściła głowę.

– Co? Gdzie się podziała twoja pewność siebie? – ofuknął ją. – Zakazuję ci spuszczać głowę. Zresztą nie to jest zaskakujące – dodał, gdy posłusznie podniosła na niego wzrok. – Dziwię się, że podzieliłaś się tą historią z zupełnie obcą osobą.

– Nie ma się czemu dziwić – zaprotestowała Jade. – Wyczuwam w panu taki sam smutek i samotność, jaki kiedyś ja odczuwałam. Chcę panu pomóc. Wszyscy uważają pana za kogoś strasznego, ale pan po prostu potrzebuje bratniej duszy.

– No i jak niby zamierzasz mi pomóc? Mi nie da się pomóc.

– Oczywiście, że się da. Nie rozumie pan? Przeszłam przez to samo i moja bratnia dusza, Skydancer, mnie uratowała. Teraz proszę, niech pan pozwoli mi uratować siebie.

Sands nie odpowiedział. Jego twarz wyrażała całą gamę różnych uczuć, od niedowierzania poprzez niepokój, na  żalu skończywszy. Jade doskonale rozumiała każde z nich. Wiedziała, jak to jest, wiedziała, jaki to koszmar, dlatego postanowiła go od tego uwolnić.

Ale nie należało się spieszyć. Z własnego doświadczenia wiedziała, że na to potrzeba czasu. Odstawiła pustą już filiżankę na stolik i ku wielkiemu zdziwieniu hrabiego, wstała.

– Proszę przemyśleć to, co powiedziałam. Dziękuję za herbatę, bardzo miło się z panem rozmawiało – posłała mu uśmiech. – Niedługo znów się zjawię i tym razem nie daruję panu tych medali, zobaczy pan! I oczywiście odwiedzę klub jeździecki – wzięła swoją torebkę, po czym ruszyła do wyjścia. – Do widzenia!

Drzwi zamknęły się, nim Sands odpowiedział na pożegnanie. Nie był to jednak powrót do starego nawyku, Jade doskonale pamiętała o ostrzeżeniu. Po prostu wiedziała, że potrzebował chwili do namysłu, a wtedy nikt nie powinien mu przeszkadzać.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki